Relacja ze Zlotu 14-18.08
14.09.2008, 10:16; JFH
ZLOT WŁADYSŁAWOWO 14-18.08
Polscy kibice Chelsea mieli w sierpniu okazję spotkać się z ludźmi dzielącymi ich pasję w nadbałtyckim Władysławowie. Organizator, stowarzyszenie „Chelsea Poland” ponownie stanęło na wysokości zadania. Mimo setek kilometrów do przebycia i nieprzychylnych prognoz pogody, zjawiło się ponad 30 osób.
Oficjalnie zlot rozpoczął się 14 sierpnia z samego rana. Wtedy do Władysławowa przyjechał pierwszy pociąg pełen kibiców z Katowic, Krakowa, Warszawy i okolicznych miejscowości.
Rozpoczęło się odbieranie i dowożenie pozostałych ,,zlotowiczów” na pole namiotowe „Oland”, oddalone od dworca PKP o ok.6 km. Po rozłożeniu namiotów nadszedł czas na przywitanie z plażą. Po powrocie do naszej ,,bazy”, wybieraliśmy już różne aktywności. Część po prostu zasnęła, inni postanowili coś wspólnie przekąsić, niektórzy pokopać futbolówkę. Następnie, wieczorna (jak się później okazało powtarzana każdego dnia) wspólna wizyta wszystkich w pubie, dyskusje, śpiewy i śmiech aż do zamknięcia lokalu. Zmęczeni ciężkim dniem i poprzedzającą go nieprzespaną nocą, rozeszliśmy się do namiotów.
Nazajutrz, po nocy na dmuchanych materacach, w często przeciekających namiotach, szybkie śniadanie poprzedziło wyjazd do miasta gdzie miał się odbyć mecz Chelsea.pl vs ChelseaLondyn.pl. Korki zmusiły nas by niemal całą drogę na boisko przejść pieszo. W pośpiechu, chcąc zdążyć przed nadciągającym deszczem, rozpoczęliśmy grę. Chelsealondyn.pl wyszła na prowadzenie po golu Wirusa. Tuż przed przerwą na 1-1 wyrównał organizator zlotu, Songus. W drugiej połowie Chelsealondyn.pl wyszła na 3-1 po golach Wojnara i Kondrackyego. Bramkę kontaktową zdobył jeszcze Songus, ale na więcej zabrakło czasu. Po meczu podział na dwie grupy. Jedni zostali w mieście by tam zadbać o swoje żołądki, drudzy wybrali powrót na pole namiotowe. Podobnie wieczorem. Po krótkim czasie spędzonym razem tak jak poprzedniej nocy, część wybrała się do miasta potańczyć.
W sobotę od rana gościliśmy w Władysławowie. Odwiedziliśmy wystawę pająków, aleję gwiazd i obejrzeliśmy na miejscu mecz naszych siatkarzy na Igrzyskach Olimpijskich. Problemów znowu przysporzył nan padający deszcz i konieczność przejścia całej drogi powrotnej pieszo. Po kilku godzinnej wycieczce wróciliśmy na pole namiotowe by rozpocząć najlepszy wieczór tego zlotu. Przez te kilka godzin chyba każdy włącznie z barmankami ,,naszego pubu” dobrze się bawił. Jak dla nas zamknięto go zbyt wcześnie, więc wybraliśmy się jeszcze na plażę i dopiero późną nocą wróciliśmy do namiotów.
W niedzielę, czyli dzień meczu z Portsmouth okazało się, że pewne aktywności dnia poprzedniego sprawiły, że niektórzy niemal całkowicie stracili głosy (to na pewno ta wietrzna plaża...-red.). Wzmocnieni posiłkiem wyruszyliśmy do oddalonej o 40 minut jazdy pociągiem Redy, gdzie mieliśmy oglądać inauguracyjną potyczkę Chelsea. Oczywiście w pociągu nie mogło obyć się bez przygód z konduktorem, ale jakoś sobie poradziliśmy. Na miejscu, ponad 30 osobowa ekipa kibiców, dumnie maszerująca przez dworzec, a później ulicami miasta prezentowała się dosyć imponująco. W lokalu byliśmy już na około godzinę przed meczem, ale zapewniam, że czas ten upłynął nam bardzo szybko. Wraz z rozpoczęciem spotkanie nastąpiła, nieobecna dotąd na zlocie, cisza - raz po raz przerywana próbą dopingu któregoś z zachrypniętych zlotowiczów. Powiedziałbym nawet, że zachwyt wywołany stylem gry Chelsea sprawił, że prawie całkowicie zapomnieliśmy o zorganizowanym dopingu. Każdy chciał dostrzec najmniej istotny szczegół. Przez 90 minut nie ustawały więc głośne komentarze. Po spotkaniu wróciliśmy na pole namiotowe by fetować zwycięstwo (niektórzy dotarli tam później, dopiero po meczu Manchesteru). Udało nam się namówić obsługę naszego ośrodkowego lokalu by zamknąć go dopiero o północy, ale rzecz jasna i to nie wystarczyło. Dalej bawiliśmy się pod gołym niebem aby jak najdłużej cieszyć się ostatnią nocą tego zlotu.
Po przebudzeniu zauważyliśmy, że - jak na złość, akurat w dzień wyjazdu – na niebie pojawiło się słońce. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji, dlatego czym prędzej popędziliśmy na plażę i wreszcie wskoczyliśmy do morza. Po maksymalnie wydłużonym czasie przesiadywania przy brzegu nadszedł czas by zacząć się żegnać z polem namiotowym (a gdzie można było zrobić to lepiej niż w tamtejszym pubie?). Na pociąg jechaliśmy z dokuczliwą świadomością ciągle poprawiającej się pogody, ale na pewno nie w złych humorach. Smutek wynikający z faktu, że zlot oficjalnie już się skończył, rekompensowała nam świadomość, że pozostało nam jeszcze 12 godzin rozmów i śpiewu w pociągu...
Podsumowując, mimo czasem wyjątkowo niekorzystnych warunków pogodowych i pozostałych mniejszych przeszkód, zlot Władysławowo 14-18 sierpnia 2008 bez wątpienia możemy zaliczyć do udanych. Bawiliśmy się dobrze, a tradycja Chelsea wygrywającej w pięknym stylu podczas zlotu została podtrzymana. Do zobaczenia przy najbliższej okazji – tym razem na Dolnym Śląsku?
źródło : Magazyn Chelsea.pl